Mój pierwszy raz w samolocie

Cześć! W końcu przyszedł czas, na który czekałem. Mój pierwszy konkretny urlop, pierwszy lot samolotem, pierwsza podróż. Kierunek Czarnogóra. Lot planowany na godzinę 4:30. Na lotnisku pojawiłem się o godzinie 2:00 lekko poddenerwowany – czułem się jak zwykle, gdy robię coś po raz pierwszy. Stres przed lotem powoli wdawał się we znaki, więc jeszcze przed wejściem na lotnisko postanowiłem zapalić papierosa – to zwykle pomaga mi się odprężyć.

W końcu zdecydowałem się wejść do środka. Szybki rekonesans żeby ustalić co i jak, po czym udałem się w stronę stanowiska biura podróży, w którym wykupiłem lot czarterem. O godzinie 2:30 rozpoczynała się odprawa. Zorientowałem się, że informacje o punkcie do którego powinienem udać się z bagażem wyświetlone są na tablicy z lotami. Udałem się więc z bagażem w kierunku punktu bagażowego. Jeden po drugim, osoba po osobie… stałem w kolejce czując, jak z każdym kolejnym krokiem stres się nasila. W końcu przyszła moja kolej. Okazało się, że wystarczyło położyć bagaż na taśmie i pokazać paszport obsłudze, która nagrodziła mnie podarunkiem w postaci karty pokładowej.

Pozbyłem się bagażu, dostałem jakiś papierek z informacją o numerze bramki i siedzenia. Fajnie, ale co ja mam z tym zrobić? Oczywiście nie pomyślałem o tym, by zapytać przy zdawaniu bagażu… Okej, idę zapalić – tak, ta myśl pojawia się zawsze, kiedy muszę zastanowić się nad planem działania. Stojąc przed budynkiem lotniska zauważyłem, że osoby, które stały w tej samej kolejce co ja, udają się w kierunku punktu kontroli osobistej. Zgasiłem więc niedopałek papierosa i pomaszerowałem w tym samym kierunku. Po przejściu zygzakową ścieżką wyznaczoną przez taśmę rozciągniętą pomiędzy metalowymi słupkami, spotkałem miłą panią, która poprosiła o moją kartę, po czym oderwała jej większą część i poprosiła o udanie się do bramki numer 4. Ten numer nie był zgodny z numerem bramki na mojej karcie, ale postanowiłem zaufać pani.

W końcu trafiłem do stanowiska kontroli osobistej. Obok taśmy znajdującej się przy każdym ze stanowisk zauważyłem plastikowe pudełka. Po krótkiej obserwacji pozwalającej ustalić co robią inni, zabrałem jedno ze wspomnianych pudełek, po czym wpakowałem do niego swój bagaż podręczny, zawartość kieszeni i kapelusz, który miałem na sobie. Niestety, po chwili okazało się, że z plecaka muszę wypakować wszelką elektronikę. Pech chciał, że całą zawartość mojego bagażu podręcznego (nie licząc bluzy przeciwdziałającej chłodowi) stanowiła właśnie elektronika. Żeby było śmieszniej, elektronikę musiałem umieścić w osobnym pojemniku. Gdy uporałem się z zadaniem, zostałem poproszony o przejście przez bramkę. Zamknąłem wówczas oczy, zacisnąłem zęby i powtarzając sobie w myślach “oby nie zaczęło piszczeć” przeszedłem przez bramkę. Pani strażnik obsługująca bramkę podziękowała mi, a kolejne kilka minut spędziłem na ponownym pakowaniu mojego plecaka.

Po spakowaniu swojego bagażu podręcznego w końcu pozwoliłem sobie na oderwanie wzroku od niego i rozejrzenie się dookoła. Ku mojemu zdziwieniu, nie znalazłem żadnej tabliczki z informacją, gdzie mam się udać. Logicznym wydało mi się to, że nie mogę wrócić przez bramki kontroli osobistej. Zacząłem więc kręcić się po miejscu, do którego trafiłem i po krótkiej chwili zauważyłem, że jedynym słusznym wyjściem jest udanie się w kierunku stanowisk kontroli celnej, gdzie pan w zielonym kubraczku sprawdza paszporty i otwiera magiczne drzwi. To była moja szansa!

Kontrola celna odbyła się bez zbędnych formalności. Szybki rzut okiem na paszport okazał się być przepustką prowadzącą przez drzwi prowadzące do strefy bezcłowej. Pomaszerowałem więc w jej kierunku, zauważając przy okazji śmieszne oznaczenie na podłodze – lewa część opisana “nic do oclenia” i prawa, sugerująca, że jednak coś do oclenia się znajdzie. Niezbyt ogarnąłem o co chodzi, więc poszedłem naprzód częścią lewą. W ten sposób trafiłem do marketu, gdzie można było kupić butelkę wody za jedyne 8zł. I pomyślałby człowiek, że to strefa bezcłowa i że powinno być taniej… Nie zwracając szczególnej uwagi na promocyjne ceny alkoholu, skupiłem się na poszukiwaniu wyjścia.

Po opuszczeniu marketu w strefie bezcłowej, w końcu trafiłem do miejsca, gdzie znajdowały się ostatnie bramki, ostatni punkt kontrolny na tym etapie podróży. Dalej już tylko drzwi prowadzące na zewnątrz. Zlokalizowałem szybko bramkę oznaczoną numerem 2 – ten był zgodny z numerkiem umieszczonym na kawałku karty pokładowej, który pozostał mi po kontroli osobistej. Do wylotu została jakaś godzina. W oczy rzuciła mi się ławeczka stojąca na uboczu, na której siedziała jakaś kobieta. Podszedłem więc i usiadłem po przeciwnej stronie ławki. Wówczas dowiedziałem się, że te ławeczki można rezerwować. Tak, pani grzecznie wyprosiła mnie mówiąc, że “ta ławka jest zarezerwowana”. Wstałem więc i zacząłem spacerować po miejscu, w którym aktualnie przebywałem.

Pojechałem schodami na miejsce, w którym można było kupić coś do jedzenia czy picia. Z uwagi na to, że zaczęło mi doskwierać pragnienie, postanowiłem kupić sobie coś w stylu puszkowanej lemoniady w cenie 8zł za sztukę. Gdy zjechałem spowrotem schodami w dół, dostrzegłem, że zarezerwowana ławka faktycznie zajęta jest teraz przez dwie osoby – wspomnianą wcześniej panią, która położyła się na siedzeniach, kładąc głowę na kolanach swojego mężczyzny. Co więcej, nie był to jedyny przypadek, w którym pięcioosobowa ławka mogła zmieścić zaledwie 1-2 osoby. No cóż, przecież inni mogą sobie postać. Nie zdziwiła mnie ta ludza uprzejmość, szczególnie że żyjemy w Polsce. Po chwili włóczenia się, skorzystałem z okazji, kiedy jedna z ławek została zwolniona ze względu na potrzeby fizjologiczne zajmujących ją osób. Usiadłem więc i wypiłem swoją malinową lemoniadę.

 

 

 

Leave a Reply

%d bloggers like this: